wtorek, 22 lipca 2014

001


Poprawiając sportową torbę na ramieniu, Justin uderzył parę razy pięścią w mahoniowe drzwi, mając głębokie nadzieje, że jednak nikt nie otworzy i będzie mógł spokojnie wrócić do domu. Był cholernie zmęczony, nienawidził podróżować, a siedem godzin spędzonych w pociągu i dwie w busie pełnym spoconych i hałaśliwych ludzi nigdy nie było jego marzeniem.
Blondyn przystawił głowę do drzwi, przechylając ją w lewo, nasłuchując czy ktoś jest w domu. Cisza. Odczekał kolejne 10 minut, po czym zadowolony odwrócił się na pięcie i ruszył w drogę powrotną do furtki, gdy napotkał niewysoką brunetkę, trzymającą w rękach dwie przeźroczyste reklamówki. W myślach zaczął bluzgać, stojąc nieruchomo przez kilka chwil.
- Mogę w czymś pomóc? – do jego uszu dotarł delikatny głos dziewczyny, przestępującej z nogi na nogę. Dla niej też ta sytuacja wydawała się być nieco niezręczna.
Kurwa, kurwa, kurwa, co teraz? Evans jej o niczym nie wspomniał? „Jestem Justin i będę Cię niańczył, ponieważ twój tępy kuzyn przysłał mnie tu, bo gang, do którego należę uważa mnie za mało odpowiedzialnego do chronienia twoich rodziców”. Idealne wytłumaczenie, Bieber.
Dwudziestolatek przedstawił się jako daleki kuzyn z Europy, który potrzebuje noclegu przez kilkanaście dni. Dziewczyna mocno się wahała, ale nie miała powodu, by mu nie ufać, więc niechętnie się zgodziła. Wziął od brunetki reklamówki, dzięki czemu mogła spokojnie otworzyć drzwi i wejść do mieszkania. Rozłożywszy torby na blacie kuchennej wysepki, chłopak rozejrzał się i stwierdził, że ta rodzina musi być mocno zamożna.
- Kawy? Herbaty? – zaproponowała dziewczyna, gdy rozpakowała już zakupy do półek.
- Kawę poproszę – skinął głową, siadając na barowym krześle.
Był pod wrażeniem tego, jak bardzo dziewczyna się zmieniła. Zapamiętał ją jako dwunastoletnią dziewczynkę z grubym warkoczem, aparatem na zębach i potarganych na kolanie spodniach z żabą w ręce, a teraz? Długie opalone nogi, ciemne włosy opadające falami na jej plecy, ładny uśmiech… Po prostu o siebie dbała, jak na dziewczynę przystało. Atrakcyjna, młoda kobieta. Chłopak zwilżył wargi przesuwając po nich koniuszkiem języka i podziękował skinieniem głowy za kawę, którą dziewczyna mu podsunęła. Usiadła obok niego, obejmując swój kubek dłońmi.
- Masz siostrę, prawda? – zagadnął, chcąc przerwać niezręczną ciszę.
- Tak, Chloe. Niedługo powinna wrócić od koleżanki.
Jak na zawołanie drzwi otworzyły się, a po domu rozniósł się zapach świeżo skoszonej trawy. Dziewczynka weszła do kuchni i znieruchomiała, widząc Justina. On nie był lepszy, nigdy nie miał ręki do dzieci. Cholernie go irytowały swoją naiwnością i niewiedzą.
- Cześć, Chloe – zaczęła brunetka, podchodząc do dziewczynki. – To Justin, nasz kuzyn z Europy. Pomieszka z nami przez kilkanaście dni – uśmiechnęła się do niej i wzięła jej różowy plecak z Myszką Minnie. Wyszła z kuchni, prawdopodobnie go odnieść, a Chloe jak gdyby nigdy nie podeszła do lodówki i wyciągnęła z niej mały kartonik z soczkiem, po czym usiadła naprzeciwko Justina i wbiła słomkę w odpowiednie miejsce.
- Tylko gangsterzy mają tyle tatuaży – stwierdziła, popijając swój truskawkowy sok. – Dlaczego Ty masz ich tyle?
Kto by pomyślał, że ośmioletnia dziewczynka tak szybko go rozgryzie? Ale czy on naprawdę był gangsterem? Należy do gangu, bierze czasem udział w akcjach, ale nie satysfakcjonuje go to za bardzo.
Blondyn wzruszył ramionami i wymusił lekki uśmiech.
- Podobają mi się.
Ośmiolatka pokiwała głową na znak, że rozumie, zgniotła kartonik i odgarniając kilka kosmyków włosów, które spadły jej na twarz wyszła z kuchni, mijając się w drzwiach z siostrą. Amelia usiadła z powrotem obok chłopaka i oparła ręce na blacie ciemnobrązowym wysepki kuchennej.
- Zapewne podróż samolotem trwała bardzo długo, chcesz się odświeżyć albo położyć? – spytała rzeczowym tonem, patrząc na idealnie zarysowaną szczękę towarzysza.
Cholera, to niemożliwe, żeby ta Amelia była tą samą dziewczyną, która parę lat temu biegała po ogródku Evansa za żabą, którą nazwała Suzannah. N I E M O Ż L I W E.
- To za chwilę, Melka – uśmiechnął się do niej, nadal będąc w niemałym szoku.
Brunetka zmarszczyła brwi, przez co pomiędzy nimi pojawiło się małe V. Melka? Nikt nigdy jej tak nie nazwał.
- Powiedz mi, co tak naprawdę stało się z twoimi rodzicami?
V na czole dziewczyny znacznie się powiększyło, a jej dolna warga zaczęła nieznacznie krwawić, przez ciągłe podgryzanie. Nie znała go, nie była pewna czy na pewno jest jej rodziną, nie wiedziała, czy może mu to powiedzieć. Nie wiedziała, czy powinna…
            - Myślę, że powinieneś odpocząć. Porozmawiamy wieczorem – zmusiła się do niewinnego uśmiechu i wyszła z kuchni, rzucając wcześniej na szybko, gdzie Justin ma się udać. Co, jak co, ale dom był ogromny i bardzo łatwo można się w nim zgubić.
Zgodnie z instrukcją Bieber wziął swoją torbę sportową firmy Nike i długimi drewnianymi schodami udał się na pierwsze piętro domu, które wyglądem całkiem różniło się od parteru. Na dole było rodzinnie, tak ciepło. Tu, na piętrze, ściany są koloru pomarańczowego, a pokoje są obok siebie. Na końcu korytarza można dostrzec kolejne, lecz mniejsze schodki, które zapewne prowadzą na poddasze. Justina zaciekawiło to, co się tam znajduje, jednak jedyne, o czym myślał w tym momencie to chłodny prysznic. Podróż z Los Angeles była wyjątkowo męcząca ze względu na panujący tego dnia upał i brak klimatyzacji w pociągu
*
Chłopak leżał na miękkim łóżku ze słuchawkami na uszach i zamkniętymi oczami oraz podłożonymi pod głowę rękoma, słuchając ulubionych piosenek Lila Wayne’a. Po prysznicu wysilił się jedynie na założenie bokserek i opaski uciskowej na kolano, które nadwyrężył, gdy rano Spencer i paczka postanowili się z nim zabawić i odjeżdżając nieco za każdym razem, kiedy próbował wsiąść do samochodu.
Amelia zapukała parę razy w drzwi pokoju gościnnego, który na czas nieokreślony miał zajmować, lecz nie słysząc żadnej odpowiedzi była pewna, że Justin śpi. Uchyliła nieco drzwi i już-już miała się wycofać, kiedy „kuzyn” otworzył oczy, a kąciki jego ust prawie, że niezauważalnie drgnęły. Ściągnął z uszu słuchawki i razem z iPhonem odłożył je na szafkę stojącą obok łóżka, po czym zaprosił gestem ręki dziewczynę do środka. Usiadła obok niego i zaczesała włosy do tyłu, chcąc mieć lepszy widok.
            Pokój wypełniały nuty Mirror Lila Wayne’a i Bruno Marsa. Za tym drugim Justin nie przepadał, ale przemógł się ze względu na Lila. Moon zaciskała spocone dłonie w piąstki, rzucając nieśmiałe zerknięcia na wyrzeźbiony tors chłopaka, przez co jej oddech nieco przyspieszył. Pierwszy raz znajdowała się w takiej sytuacji i nie wiedziała, jak ma się zachować.
Cholera, on jest taki pociągający! Amelia, stop, to twój pieprzony kuzyn! Nie myśl o nim w taki sposób! Ale… czy on naprawdę jest moim kuzynem? Niewiedzę się chyba wybacza, co nie?
Ganiąc się w myślach nie zwracała uwagi na Justina siedzącego w samych bokserkach, czekającego na jakiekolwiek wyjaśnienia, dlaczego tutaj przyszła. Chłopak doskonale znał powód, dlaczego jego „kuzynka” robi to, co robi. A co robi? Nie owijając w bawełnę – po prostu się na niego gapi.
- Amelia? – pomachał swoją dużą dłonią przed jej twarzą. Kiedy dziewczyna nie zareagowała, pstryknął parę razy palcami. O, wreszcie.
- Wybacz, zamyśliłam się – policzki dziewczyny pokryły się szkarłatnym rumieńcem, na co chłopak pokiwał głową i zaśmiał się cicho. – Pomyślałam, że może miałbyś ochotę przejść się z nami do wuja Ashtona, on na pewno cię pamięta.
Kurwa, myśl Bieber, myśl. 

Od autorki: Strasznie Was przepraszam za takie opóźnienie! Rozdział miał być dodany trzy dni temu, ale mam ogromne problemy z Internetem i dopiero dzisiaj przyjechali coś z nim zrobić, choć nie powiem, że jest idealnie. Nevermind, dziękuję za każde jedno wejście, mam nadzieję, że z czasem Was przybędzie :)
Do następnego x – mademoiselle

poniedziałek, 14 lipca 2014

Prolog

Tutaj w Los Angeles, najludniejszym mieście stanu Kalifornia nikogo nie interesuje ile masz lat, jakiej jesteś płci, czy masz rodzinę i czy aby przypadkiem nie jesteś w ciąży. Tutaj ludzi interesuje tylko jedno: ilość zer na twoim koncie. W Mieście Aniołów istnieją dwa największe gangi Ameryki Północnej – Kings i Fires*. Justin do niedawna należał do jednych z tych gangów, które napadały na biznesmenów czy ważnych udziałowców, czyli Fires. Skąd ta nazwa? To proste – wszędzie gdzie się przewinęli pozostawiali za sobą charakterystyczny ślad, który wymagał nie raz interwencji dwóch, trzech, a nawet czterech wozów strażackich. Palili wszystko po kolei: domy, lasy, bary, biurowce. Nie ważne, ludzie musieli wiedzieć, że Evans i jego grupka się tamtędy przewinęli.
Spencer Evans – najlepszy przyjaciel Justina, przywódca gangu. Wbrew pozorom Bieber był najmłodszym członkiem, jako iż liczy sobie tylko dwadzieścia lat. Evans nieco więcej, ponieważ aż dwadzieścia pięć. To właśnie on zaproponował niegdyś szesnastoletniemu blondynowi wstęp do Firesów, na co on ochoczo się zgodził. Ba! Wcześniej szwendał się za Spencerem i jego kumplami miesiącami, by tylko pozwolili mu do nich dołączyć. Dlaczego? Odpowiedź jest prosta, imponowali mu.

                Nowy, słoneczny dzień w Los Angeles. Nowy dzień, a za tym idą nowe możliwości, które niejeden tutejszy chłopak wykorzysta. Cóż, wbrew pozorom Justin nie ma zamiaru się naćpać z samego ranka, co ostatnimi czasy często mu się zdarza. Chłopak wybiegł z domu z deskorolką w lewej dłoni, nie trudząc się nawet, by założyć koszulkę. Popchnął deskę i już po chwili w dostosowanym tempie sunął na niej przez Jackson’s Street, w międzyczasie podłączając do swojego nowiutkiego iPhone’a dopasowane kolorystycznie czarne słuchawki. Komórkę schował do tylnej kieszeni nisko zawieszonych na jego wąskich biodrach spodni, a w jego uszach rozbrzmiały pierwsze nuty Headlines Drake’a.
            Blondyn nie przejmował się czerwonym światłem czy też tym, że łamał przepisy zwyczajnie jeżdżąc na deskorolce. Bo przecież kto będzie sobie nim teraz zawracał głowę, gdy w mieście trwa pościg za złoczyńcą, który napadł na bank i w swoim czarnym vanie wiezie dziewięćset tysięcy dolarów, które ukradł z pobliskiego banku? Dłużej się nie zastanawiając Bieber przejechał przez ruchliwą ulicę, nie zwracając uwagi na nadjeżdżające samochody osobowe bądź tiry. „Poczekają” pomyślał.
            Zatrzymał się dopiero w parku na chwilę odpoczynku. Usiadł na niedawno odnowionej ławce i wyciągnął z kieszeni komórkę, na wyświetlaczu, której widniał napis „3 nieodebrane połączenia od: Evans”. Dwudziestolatek teatralnie przewrócił oczyma, po czym przesunął swoim smukłym palcem po kolorowym wyświetlaczu urządzenia, by po zaledwie dwudziestu sekundach przyłożyć je do ucha. Delikatnie stukał palcami drugiej dłoni w udo wsłuchując się w piosenkę Rihanny, której tytułu nie znał.
            - Na cholerę ci ten pieprzony telefon, Bieber? – oto jak ich rozmowę rozpoczął Evans. Szatyn pokręcił głową i wziął głęboki wdech, po czym kontynuował. – Mam dla ciebie zlecenie, bądź u mnie za godzinę – po czym się rozłączył, nim Justin zdążył odmówić, co rozzłościło chłopaka. Rzucił parę bluźnierstw pod adresem kumpla, po czym schował iPhone’a i podniósł się, stając od razu na desce, na której dojechał w kilkanaście minut pod dom Spencera.
        
  - Co do… - wychrypiał szatyn, widząc Justina w progu drzwi jego sypialni.
            Co w tym dziwnego? Pomijając fakt, że w łóżku niebieskookiego leży naga kobieta – nic. Blondyn odkaszlnął i przeczesał dłonią włosy, czując niemałe zakłopotanie, po czym wskazał na głąb korytarza i wyszedł z pokoju, zamykając drzwi.

            Po równych piętnastu minutach i dwudziestu sekundach, które Justin naliczył, w salonie piętro niżej pojawił się Spencer w samych bokserkach od Calvina Kleina, którymi tak samo jak jego towarzysz lubił się chwalić. Ach, ci chłopcy…
            - To był najbardziej traumatyczny widok w moim życiu – blondyn wzdrygnął się, chcąc zdenerwować kumpla. Na marne, Evans wziął głęboki wdech i usiadł na fotelu naprzeciwko, kładąc nogi na szklanej ławie. – Po co mnie tu ściągnąłeś? – dodał, kładąc dłonie na udach, a nogi na ławie tak, jak Spencer.
            - Pamiętasz moją kuzynkę Amelię, prawda?
            - Tę z aparatem na zębach, która goniła żaby w ogródku twojej babci? – chłopak uniósł brwi, nie kryjąc rozbawienia. – Tak, pamiętam.
            - Jej rodzice muszą się teraz ukrywać, a my musimy ich chronić, więc jutro z samego rana wyjeżdżamy do Phoenix…
            - Nie mogłeś po prostu powiedzieć mi tego przez komórkę? Zacząłbym się już pakować.
            - Widzisz, Bieber, tutaj jest problem. Jako, iż tak zadecydowała znaczna większość, zostaniesz i zaopiekujesz się Amelią i jej siostrą. Będziesz dla niej jak kuzyn, czy coś w tym stylu. Wierzę, że Ci się uda. Tu masz adres, mój nowy numer, gdyby coś się działo – dzwoń – skwitował Evans, po czym wrócił do swojej towarzyszki, zostawiając Justinowi pomięty kawałek zielonej karteczki.
            Złość, która w nim zaczęła narastać była nie do opisania. Jak on mógł?! Sądził, że będzie brał udział w napadach, a nie niańczył żałosną kuzynkę swojego najlepszego kumpla. Owszem, to było parę lat wstecz, ale to niemożliwe, żeby zmieniła się, prawda?
            Justin kopnął nogą w szklaną ławę z taką siłą, że dwie porcelanowe filiżanki, które na niej stały, spadły i potłukły się. Nie dbał o to. Ignorując promieniujący ból w nodze, chłopak wyszedł z domu trzaskając drzwiami i chowając karteczkę do tylnej kieszeni spodni, wskoczył na jadącą już deskorolkę. Nie miał już ochoty słuchać muzyki, bowiem jego mózg był przepełniony chmurnymi myślami. Kto by pomyślał, że Justin Bieber, dwudziestoletni przystojny chłopak z gangu, dostanie na zlecenie opiekować się jakimiś bachorami? Kurwa.

Od autorki: Witam Was serdecznie na moim nowym fanfiction o Justinie! Mam nadzieję, że to opowiadanie znajdzie sobie paru wiernych czytelników :) Jeśli przeczytałeś/aś proszę skomentuj, chcę zobaczyć ile Was tu było. Dodawajcie się do obserwujących i zapisujcie do zakładki informowani. Co do szablonu - niedługo się zmieni, jak na razie szukam kogoś, kto mógłby mi go zrobić.
*gangi zostały wymyślone na potrzeby opowiadania.
Do następnego x - mademoiselle

Obserwatorzy